Z pomiędzy nareszcie rozsuniętych zasłon wpadają promienie słońca. Z rozłożystych gałęzi drzewa pod oknem dobiega śpiew ptaków. Nad głową nie słyszę pracujących
maszyn. Oznacza to, że niekończący się remont dachu, jednak dobiegł końca i
nawet przyroda świętuje.
Ja uczciłam to wpuszczeniem wiatru do domu. Uwolniło się dużo energii. Zgodnie z wyartykułowaną w wywiadzie przeprowadzonym przez Lilianę
potrzebą oczyszczania otoczenia, dążenia do minimum, robię czystki we
wszystkich miejscach podstępnego gromadzenia się, tak naprawdę
niepotrzebnych, przedmiotów. Ze szczególnym uwzględnieniem pokoju
dziecięcego, wszelkich zasobów rękodzielniczych oraz szaf. Oznacza to
także, że przyjrzałam się kilku miejscom i poczułam nagłą potrzebę
odświeżenia ich przy pomocy tego co mam. Dziwiło mnie, że nie wzięłam się za niektóre wcześniej, ale przez tych kilka (8)
ostatnich miesięcy nie miałam często chęci i warunków na
takie działania.
Dlatego, kiedy ruszyłam z kopyta,
migiem powstały nowe białe panele z grubej bawełny do zakrywania
zawartości szafy tzw gospodarczej. Zastąpiły czarne we wzór, które były
tam od 3 lat. Białe od razu rozjaśniły i
wyczyściły miejsce, które tego wymagało znajdując się w niedoświetlonej
części przechodniej sąsiadującej z kuchnią. Ta szafa to proste bezpretensjonalne rozwiązanie z
wykorzystaniem posiadanych mebli służące nam od lat.
Drugim
oczyszczającym i rozświetlającym uszytkiem jest obrus. Także z zapasów.
Powstał po olśnieniu, że nie muszę od razu malować blatu stołu na biało,
co mi chodziło po głowie, wystarczy wyciągnąć kolejny materiał.
Wiatr przewietrzył mi też w głowie, dlatego dostrzegłam kolejne plusy zimowego zastoju - skumulowała się potrzeba szycia i przy okazji postanowiłam zmienić trochę moje dotychczasowe podejście do niego. Mam też jeszcze sporo materiałów do wykorzystania. Efekty, mam nadzieję, zobaczycie już w następnym poście.














